„Wyzwolenie” czyli Wyspiański z Palikotem w tle

Premiera „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Anny Augustynowicz odbyła się 29 stycznia w Teatrze Polskim im. A. Szymfana w Warszawie. Wydarzenie to  jest włączone w obchody 100-lecia Niepodległości Polski województwa mazowieckiego. Mógłby się zdziwić wyborca Marszałka Adama Struzika, jaki wydźwięk ma ta inscenizacja.

Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie to jedna z najstarszych i najlepszych scen w naszym kraju. W jej repertuarze jest wiele doskonałych teatralnych realizacji, które można polecić miłośnikom Melpomeny o różnych potrzebach i wrażliwości. Teatr Polski nie boi się sięgania po klasykę i nadania jej nowych znaczeń. „Mąż i żona” Aleksandra Fredry w reżyserii Jarosława Kiliana,  które ogląda się niczym rzecz zupełnie współczesną,  czy „Podróże Guliwera” Jonathana Swifta tegoż samego reżysera to świetne przykłady nadawania nowej formy arcydziełom. Barwnym i żywym widowiskiem jest niedawno wystawiony „Żołnierz królowej Madagaskaru” Juliana Tuwima, klasyk lekkiej komedii w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Ciekawa formalnie jest inscenizacja „Min polskich” wykorzystujących teksty m. in. Jędrzeja Kitowicza i Wojciecha Bogusławskiego. Te i wiele innych spektakli udowadniają, że Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie doskonale się sprawdza w „odświeżaniu” klasycznego repertuaru i dostosowywania go do oczekiwań współczesnego widza. Dlatego też inscenizacja „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego, której premierę zaplanowano na 29 stycznia 2019 r., zapowiadała się obiecująco. Zwłaszcza, że wydarzenie, według informacji na stronie teatru, włączono w obchody 100. Niepodległej organizowane przez samorząd Mazowsza.

„Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego na deskach Teatru Polskiego w Warszawie zaskakuje widza.

Zaskakuje bardzo nieprzyjemnie.  Zamiast poszukiwania uwspółcześnienia sztuki, ułatwienia jej odbioru, wykorzystania arsenału współczesnych środków scenicznych, widz zostaje niemal sam na sam z trudnym tekstem Wyspiańskiego. Pusta, pozbawiona dekoracji przestrzeń sceniczna. Do tego aktorzy w czymś czarnym, co raczej nie jest kostiumem, zlewają się z czernią tła.

Przez dwie godziny i 10 minut (bez przerwy) czekamy na coś, co zaskoczy, olśni, poruszy. Gdyby nie odzywające się co jakiś czas na widowni telefony komórkowe, są kwadranse, kiedy widz mógłby usnąć (może ma temu przeciwdziałać denerwujące oświetlenie widowni w trakcie spektaklu?). Nawet widz wyrobiony i spragniony młodopolszczyzny będzie miał trudność z odbiorem sztuki. Cóż dopiero młodzież. Tej warto byłoby zaprezentować mistrza Wyspiańskiego w sposób barwny i interesujący, godny rangi tego artysty w panteonie polskich twórców.

To, że widz nie wychodzi w trakcie spektaklu, to zasługa braku antraktu i kilku świetnych aktorów. Doskonale wypada Marcin Bubółka w roli Reżysera, zgodnie z oczekiwaniami Jerzy Trela jako Duch Ojca. Ciężar całego przestawienia dźwiga Grzegorz Falkowski, wybrany do roli Konrada idealnie. Walka kilku aktorów o uwagę widza to za mało, zwłaszcza, gdy słabo prezentują się role kobiece. Tu głównym (i śmiertelnym dla sztuki) grzechem jest niewykorzystanie możliwości Doroty Stalińskiej.

Wydawać by się mogło, że pomysłem na uwspółcześnienie „Wyzwolenia” jest brak pomysłu. Jednak jakiś pomysł jest…

„- Kiedy się sięga po taki utwór jak „Wyzwolenie”, to nie ma w tym przypadku. Dramat Wyspiańskiego jest potrzebny, żeby nami potrząsnąć” – mówił w wywiadzie prasowym dla „Gazety Wyborczej” Jerzy Trela.

Zaś na stronie Teatru Polskiego czytamy: „Kluczem do zrozumienia „Wyzwolenia” jest nie tylko kontekst historyczny, w którym dramat ten powstał, ale także czas, w którym wprowadza się go ponownie na scenę. Rozpoznanie i zrozumienie okoliczności społeczno-politycznych, które towarzyszą premierze, sprawia, że z górą stuletni utwór, staje się zaskakująco współczesny i niezwykle silnie koresponduje z naszym tu i teraz.”

Jaki jest ten kontekst historyczny? Co ma widzem potrząsnąć? To co spektakl w pewnym sensie (tylko chwilami) ożywia, to co jest jakąś formą innowacji, jest trywialnie prostym ideologicznym przekazem. Schematycznym atakiem na polskość i Polaków. Bo jak inaczej odczytać profanujący „chocholi taniec” postaci do melodii „Boże coś Polskę” granej na katarynce? Melodii powtarzanej do „oporu” przez jakiś kwadrans, na wypadek gdyby ktoś nie zdołał zidentyfikować parodiowanego utworu w rytm którego pląsają na scenie bohaterowie. Czym innym jest pseudo-madonna z odkrytą piersią? Czym jest akordeon parodiujący spowiedź powszechną podczas mszy świętej, który „gra” słowa: moja wina. I czym jest wieniec nagrobny pojawiający się na scenie noszony w tę i z powrotem? Czy drwiną nie jest mobilna mogiła (piach na wózku) z łopatą? I przerysowana postać Kaznodziei obsesyjnie machającego kropidłem czerpiąc z najbardziej ordynarnego wiadra jakie udało się na zapleczu scenicznym znaleźć… I jeszcze kielich mszalny do którego Geniusz (w tej roli Mirosław Zbrojewicz) wsypuje jad-narkotyk?

Janusz Palikot kluczem do zrozumienia?

Tylko tyle innowacji w spektaklu. Bo też nic więcej, żadnych symboli i znaków stanowiących przeciwwagę, otwierających możliwość dyskusji. „Nowe” odczytanie Wyspiańskiego z niczym nie polemizuje, nie prowokuje do dyskusji, niczego nie odświeża. Bardzo płytko i szybko wyrokuje: polskość to ludowy katolicyzm, mogiły i wieńce. Polskość to kropidło i zacofanie, klepanie pacierza i ciągłe wspominanie zmarłych. Artysta i człowiek światły musi polskość i religię porzucić, żeby się naprawdę wyzwolić. Ta diagnoza jest mało odkrywcza i subtelna. I mało mniej wnikliwa.

Gdyby ktoś miał wątpliwości mógł 2 lutego 2019 r. wziąć w zorganizowanej przez Teatr Polski popremierowej  debacie „Wyspiański współczesny. W 150. rocznicę urodzin”. Do dyskusji nie zaproszono nikogo jednoznacznie związanego ze środowiskiem katolickim czy konserwatywno-prawicowym. Za to jednym z głównych zaproszonych do debaty był… Janusz Palikot. Puentą debaty (zapewne ku zaskoczeniu samych organizatorów) okazał się właśnie wpis Janusza Palikota na Twitterze. Tego samego dnia, wieczorem, pod siedzibą TVP Info w Warszawie zaatakowana została dziennikarka telewizji publicznej dr Magdalena Ogórek. Janusz Palikot, uczestnik debaty o współczesnym Wyspiańskim nie tylko nie potępił tego barbarzyńskiego aktu przemocy, ale jeszcze obraził znaną dziennikarkę („Ale co zrobić z k…wą?”).

A co my mamy zrobić z taką współczesną kulturą?