Walentynki – Święto Listów

Wiem, że tym wyznaniem narażę się wielu, ale trudno, przyznam się: lubię Walentynki. Naprawdę. Nie jestem wrogiem Walentynek, ani przeciwnikiem lobbujących za Nocą Świętojańską.

Ci, którzy wojują z Walentynkami przeciwstawiają im swojską, sobótkową tradycję. Niestety, Antywalentynkowcy w swojej argumentacji o obcości tego świata rozmijają się nieco z prawdą. Po pierwsze – zapominają, że patronem lutowego święta jest święty Kościoła Katolickiego, męczennik, biskup Terni, święty Walenty. I odwrotnie wychwalana, swojska czerwcowa sobótka kryje w sobie pogańskie tradycje. Po drugie: nie jest tak, że obce kulturowo walentynki zniszczyły tradycje świętojańskie. Tradycja sobótkowa – nawet jeśli „nasza” i „własna” chyliła się już ku upadkowi, póki nie pojawiły się właśnie walentynki. Noc świętojańska przybierała wyłącznie postać ludowego festynu i jako taka docierała tylko do amatorów tego rodzaju rozrywek. Walentynki zaś stały się świętem demokratycznym i masowym, obejmującym wszystkich niezależnie od wieku, płci i stosunku do religii katolickiej. Z pewną przesadą można powiedzieć, że póki nie wkroczyły do nas tradycje walentynkowe własne mieliśmy w pogardzie. Po trzecie, walentynki nie są amerykańskie, tylko nasze, europejskie, ściślej rzymskie, bo powstało w początkach chrześcijaństwa na Półwyspie Apenińskim.

Walentynki zaczęto w Polsce obchodzić kiedy byłem w szkole podstawowej. Pierwsze obchodzone walentynki nie miały jeszcze nic wspólnego z ową, często zarzucaną im dzisiaj komercjalizacją.

Zresztą, co to za zarzut – święta Bożego Narodzenia też są eksploatowane przez handel – i to jak! Pierwsze reklamy z motwem świątecznym pojawiają się w mediach już w październiku. Nic dziwnego, że dzień świętego Walentego także biznes usiłuje wykorzystać do swoich celów. Na szczęście walentynkowe gadżety są nam zupełnie niepotrzebne. Walentynki to nie prezenty, nie wystawne kolacje, ani gadżety w kształcie serduszek.

Walentynki to listy… Listy pisane do osób drogich naszemu sercu.

Wydarzeniem moich pierwszych szkolnych walentynek było uruchomienie walentynkowej poczty. Pojawiły się skrzynki na listy, a w nich mnóstwo – anonimowych wyznań miłosnych. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek wydawał na coś pieniądze poza ładną papeterią i czerwonym papierem, z którego można było wyciąć serduszko (celowały w tym dziewczyny). Pierwszy rok jakoś przeszedł bez większych emocji, ale już drugi walentynkowy luty oznaczał pełną mobilizację. Wszyscy chcieli dostawać walentynki i wszyscy chcieli je pisać. I tu okazało się jak ważne jest umieć posłużyć słowem, nie robić błędów ortograficznych, przecinki stawiać gdzie należy i do tego pisać starannie i wyraźnie. Walentynki nabazgrolone, z ortografami i niezręcznymi sformułowaniami nie tylko nie przynosiły zamierzonych efektów, ale mogły ich nadawcę całkowicie skompromitować. Bo przecież – powiedzmy sobie otwarcie – w szkole anonimowość tych walentynek była dość umowna.

Dostawać złe oceny na dyktandzie – to jedno – ale zrobić błędy w walentynce to drugie. Koślawo pisać w zeszycie jest czym innym, niż nagryzmolić list miłosny, którego nie da się odczytać. Dzięki walentynkom wiele młodych osób dostrzegło wreszcie sens w lekcjach polskiego, ćwiczeniu ręki i umysłu a także w czytaniu tej „nudnej” literatury, zwłaszcza poezji. Bo przy pisaniu walentynkowych listów okazało się, że warto odwołać się – do choćby najbardziej ogranych – ale jednak literackich zwrotów. A kto potrafił połączyć zdobytą na lekcjach wiedzę i umiejętności z pewnym kunsztem słowa, kto potrafił wzbić się w swych listach ponad przeciętność walentynkowych wyznań – ten zyskiwał sławę i szacunek. A szczęśliwa adresatka – czy adresat – tak udanej walentynki – musieli – nawet jeśli nie bardzo mieli ochoty – odwzajemnić uczucia – choćby uśmiechem.

Walentynki zrehabilitowały list miłosny.

Wcześniej dla młodych i bardzo młodych ludzi nie był to ani modny, ani wygodny sposób na wyznawanie uczuć. Za sprawą walentynkowych listów w ogóle zaczynało się mówić o uczuciach, analizować je, próbować opisywać.

Z roku na rok gotowe upominki, kartki, maile i rysunki znów pozwalają na to, by obchodzić świeto 14 lutego bez większego wysiłku i bezrefleksyjnie.

Ale przecież tak nie musi być! Szczerze namawiam do pisania listów walentynkowych – namawiam nawet tych, którzy już nie muszą szukać swojego życiowego partnera.  Nie trzeba wydawać pieniędzy na ekstrawaganckie prezenty – nic piękniejszego od listu nie da się kupić. A list – oczywiście – trzeba samemu napisać. Komu słów brakuje – niech biegnie do księgarni i biblioteki – prawdopodobnie co drugi napisany wiersz jest o miłości, nie powinno więc brakować inspiracji ani cytatów. Każdy list może być małym arcydziełem – jeśli damy sobie wystarczająco dużo czasu. Nie ma lepszego miesiąca w kalendarzu na pisanie listów miłosnych. Ucieszą się z nich nawet najzagorzalsi przeciwnicy Walentynek.