Dzień kobiet, rok mężczyzn?

Już wkrótce kolejne tulipany, róże i goździki w mniej lub bardziej hurtowych ilościach trafią w ręce Pań. Ósmy marca będzie dniem sukcesu kwiaciarzy i ogrodników, na nieco większe obroty (choć nieporównywalne z Tłustym Czwartkiem) mogą liczyć także cukiernie i producenci słodyczy. Tymczasem przez resztę roku kobiecość znajduje się w defensywie i to nie do końca, jak to twierdzą feministki. z powodu opresji tworzonej przez mężczyzn.

Równouprawnienie nie było rzeczą oczywistą i aby się mogło dokonać, kobiety czasem musiały przyjąć strategię bezpośredniego konkurowania z mężczyznami. I sięgania do męskiego arsenału, by o swoje móc walczyć. Ale po okresie dawno zakończonej wojny płci nie przychodzi ciągle czas pokoju – w którym kobiety opuszczają linie frontu, odkładają broń i współtworzą lepszy świat nie wyrzekając się przy tym samych siebie.

Dobrze byłoby, gdyby ktoś ogłosił koniec wojny.

Rzecz jasna nie może zrobić tego żadnen mężczyzna, bo przecież zawsze znajdzie się jakiś dowód na to, że równouprawnienie wcale się jeszcze nie dokonało. Choćby liczba kobiet-polityków. W trwającej kadencji parlamentu w sejmowych ławach zasiada 131 posłanek, co stanowi aż albo zaledwie 28 procent składu Izby. I dla jednego to dużo (dla porównania w kadencji 1989-1991 w mieliśmy 61 posłanek, stanowiących 13 procent składu Sejmu) – dla drugiego to mało, bo wciąż znaczącą przewagę mają mężczyżni. Pytanie, czy dopiero kiedy w Sejmie zasiądzie równo po połowie posłów i posłanek, to będziemy mieli prawdziwe równouprawnienie?

Czy równouprawnienie to tworzenie siłą parytetów w przestrzeni publicznej, czy równouprawnienie to równe szanse na samorealizację?

Nie jestem przekonany, czy dzień, w którym w ławach poselskich znajdzie się po 230 przedstawicieli obu płci, będzie początkiem nowej, lepszej Polski. Obawiam się, że myśląc o równouprawnieniu i dyskutując o parytetach tkwimy cały czas w szablonie świata urządzanego przez mężczyzn. Skoro mężczyźni lubią rządzić, zajmować się polityką i debatować, to uszczęśliwienie kobiet musi oznaczać dopuszczenie ich do tej sfery. Nie pytamy, czego naprawdę chcą i potrzebują kobiety, równouprawnienie postępuje poprzez wycofywaniu się mężczyzn z tradycyjnych sfer ich działalności. A agresywne feministki tego wręcz od nas żądają.

Brak kobiet w polityce byłby rzeczą straszną. Ale wciąganie ich na siłę do polityki czy samorządu, dlatego, że ma być “równość” też nie jest niczym dobrym.

Kiedy myślę o równouprawnieniu, to jestem przekonany, że bardziej niż prawa do aborcji, o które walczą lewicowe aktywistki, kobiety potrzebują prawa do rodzenia dzieci.

Prawa w sensie zarówno wspierającego rodzicielstwo prawodawstwa jak i społecznego pozwolenia. Przekroczyliśmy równik i zmierzamy już w stronę kolejnego bieguna: społeczne nagradzane i akceptowane jest nieposiadanie dzieci i robienie kariery. I odwrotnie: karane i piętnowane są kobiety, które zamiast biegać na szpilkach po szczeblach korporacyjnej drabiny, chcą mieć większą rodzinę i rodzą nie jedno, ale troje, czworo czy nawet pięcioro dzieci.

Najważniejszymi krokami na drodze do równouprawnienia w ostatnich latach są program 500+ i Mama 4+.

Naprawdę nikt dzisiaj systemowo nie blokuje kobietom podejmowania studiów ani pracy zawodowej, mogą zajmować się również polityką i robią to z powodzeniem. Dużo większym wyzwaniem jest obecnie poświecenie się dla rodziny, rezygnacja z mniej czy bardziej intratnej pracy na rzecz skupienia się na dzieciach. Dlatego pieniądze z programu 500+, choć nie są wypłacane przecież tylko matkom, to w rzeczywistości są one jakimś zalążkiem finansowego bezpieczeństwa, możliwością dokonania wyboru (a nie rozdawnictwem). A dopełnieniem tego równouprawnienia życiowych możliwości jest matczyna emerytura (dla kobiet, które urodziły czworo lub więcej dzieci).

Równouprawnienie kobiet to ich równe prawa wyboru: czy chcą mieć jedno czy kilka dzieci, czy nie, czy chcą kariery bez rodzinnych obowiązków, czy wolą poświęcić się rodzinie.

Taki wybór – dzieci i rodziny jest dla wielu kobiet bardzo atrakcyjny. I one nie powinny czuć się ani gorsze, ani głupsze, od koleżanek, które pracują zawodowo. Kobiety dzisiaj naprawdę mogą zrobić wielką karierę, zajmować najwyższe stanowiska (tylko w ostatnich latach mieliśmy dwie panie – szefowe rządu). Pozwólmy im również, jeśli nie chcą, jej nie robić. I przede wszystkim stwórzmy takie warunki, by nie musiał być to wybór albo – albo. Dajmy prawo wyboru także trzeciej drogi, która pozwoli, bez straty dla rodziny i dzieci, podejmować aktywność zawodową czy biznesową. Tu z pomocą przychodzi rozwiązanie “firmy na próbę” czy zmniejszony ZUS dla osób prowadzących działalność gospodarczą o niewielkich przychodach.

Niech kobiety same mogą pomyśleć czego chcą i mają wolny wybór. Nie twórzmy presji na równouprawnienie po męsku, nie narzucajmy, jako modelu samorealizacji wygranej w wyścigu z mężczyznami. Życie to nie wyścig, nie wojna, tylko kooperacja dwóch płci, które bardzo siebie wzajemnie potrzebują. Równość to także różność, zróbmy krok wstecz i pozwólmy by każda płeć mogła czuć się nie zagrożona w swoim prawie do realizowania siebie na co dzień.

Wtedy obie płcie będą mogły świętować przez cały rok.

Miłosz Manasterski, dzienikarz, pisarz, Redaktor Naczelny Agencji Informacyjnej.